czwartek, 25 maja 2017

Na krawędzi zagłady” Robert J. Szmidt 
 Marek Biliński „Fire

Wreszcie jest. Długo wyczekiwany tom 3 serii „Pola dawno zapomnianych bitew”. Po raz kolejny Robert J. Szmidt daje nam do ręki książkę przemyślaną, z ciekawie rozbudowaną historią i wciągającą od pierwszej strony. Znów możemy śledzić heroiczne poczynania Henryana Święckiego, który honor przedkłada ponad swoje własne interesy i rozkazy dowództwa.
Na krawędzi zagłady” to kontynuacja wydarzeń opisanych na kartach „Ucieczki z raju”. Święcki, po ewakuacji kolonistów z Delty Ulietty, oficjalnie podyktowanej mającym wkrótce nastąpić wybuchem pobliskiej supernowej, usiłuje wymóc na dowództwie przydział floty potrzebnej do wywiezienia z planety, pozostawionych w jaskiniach ludzi. Trwa jednak wojna z obcymi, i ani Rada Federacji, ani dowództwo Floty nie są przychylne tej akcji.
Układ Ulietta został już najechany przez statki obcych. Wszelkie ślady bytności człowieka, zostały bezpardonowo zniszczone, a kolonia zrównana z ziemią. Według dowództwa, prawdopodobieństwo że ktokolwiek przetrwał anihilację, jest równe zeru. Powrót na planetę kontrolowaną przez najeźdźców jest więc zbyt ryzykowny, a uratowanie 8 tysięcy ludzi, pozostawionych przez Święckiego w jaskiniach Delty, wydaje się być ziarnkiem piasku na bezkresnej plaży, w stosunku do liczby mieszkańców innych kolonii zagrożonych atakiem obcych, których można w tym czasie uratować.
Ale Henryan Święcki dał im słowo. Słowo honoru oficera floty, że wróci.
Dla oficjeli zasiadających w Radzie Federacji, liczą się tylko słupki, cyferki i statystyczne dane. Z ich punktu widzenia, powrót do zaatakowanego układu jest ekonomicznie nieopłacalny.
Święcki już wykonał swoje zadanie, ewakuując z planety ponad dwukrotnie więcej ludzi, niż zakładał to plan. Czemu Rada nie odtrąbiła jednak medialnego sukcesu? Gdzie podziali się nadplanowo ewakuowani robotnicy? Korporacja EB w której pracowali, uparcie milczy, a Henryan gorączkowo usiłuje odnaleźć Ninadine Truffaut, menadżerkę ewakuowaną z Delty. Tymczasem, trzecia flota za wszelką cenę stara się powstrzymać niszczycielski pochód obcych. Czym kieruje się obca rasa, przeprowadzając systematyczną likwidację śladów naszej egzystencji? Czy domysły Święckiego dotyczące pobudek kierujących ma'lahn pomogą w ich powstrzymaniu?
Pojawi się tu jeszcze mnóstwo innych wątków. Drobne nic nie znaczące epizody i misternie tkana intryga czeka tylko na wybudzenie przez nic nie podejrzewającego czytelnika. Niczym zasiane przez Jasia, nasiona magicznej fasoli, wystrzelą nagle z nieoczekiwaną siłą, by zmienić bieg wydarzeń i nie raz zaskoczyć nas zmianą przewidywanego przez nas toru akcji.
Robert J. Szmidt nadal potrafi nas zaskoczyć. Nawet tym że z pierwotnie planowanej trylogii, finalnie powstanie tetralogia i na finał tej opowieści musimy jeszcze niestety zaczekać. Tymczasem, do słowa pisanego przez mistrza apokalipsy, postanowiłem dołączyć muzykę tworzoną przez inny autorytet. Do umuzycznienia „Na krawędzi zagłady” użyłem płyty świetnego polskiego kompozytora muzyki elektronicznej Marka Bilińskiego. Esencja jego twórczości w postaci płyty „The Best of” odpadła w przedbiegach ze względu na utwór „Ucieczka z tropiku”, z którego sceny rozbijanych amerykańskich aut policyjnych zapadły mi w pamięć jeszcze w dzieciństwie. Ostatecznie jako ścieżki dzwiękowej użyłem nie mniej ciekawej płyty „Fire”. Szóstego studyjnego albumu w dorobku artysty.
Po lekturze „Na krawędzi zagłady” pozostaje nam już tylko czekać na zakończenie tej opowieści, które spodziewając się po dotychczasowej twórczości Roberta, będzie na pewno spektakularne i zaskakujące. Niemal jednoczesna premiera tomu trzeciego, nie przez przypadek zbiegła się w czasie z amerykańskim wydaniem „Łatwo być bogiem”, które jest promowane przez takie sławy jak Mike Resnick, Nancy Kress czy Jack Campbell. Ich rekomendacje nie są tylko grzecznościowe. Ta seria to naprawdę warta przeczytania lektura. Wciągnęła mnie nie mniej niż „Egzekutor”, seria przygód Penelopy Bailey Resnicka czy „Zaginiona Flota” Campbella. Szczerze polecam.
Robert J. Szmidt - „Na krawędzi zagłady”, 2017 Dom Wydawniczy REBIS
https://www.rebis.com.pl/

Marek Biliński „Fire” Sony BMG Music Entertainment, 2008
https://open.spotify.com/album/3GAtkLspQ1Dx6SnGdZTA4y

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Komornik” Michał Gołkowski
Gregorian „Masters of Chant Chapter VI

Nadeszła apokalipsa, ale taka prawdziwa biblijna. Nie żadne tam bomby atomowe, czy inne globalne unicestwienie. Miało być z rozmachem a wyszło jak zwykle. Zapowiadany ludziom od dawna dzień sądu ostatecznego nastąpił, ziemia się zatrzymała, spadł krwawy deszcz, umarli powstają z grobów. Ale jak przy każdej dużej akcji zorganizowanej coś musi pójść nie tak... i poszło. Jak przy ostatecznej wyprzedaży. Zawsze coś się nie sprzeda.
Populacja ludzi przekracza znacznie, tą przewidzianą w czasach spisywania przez świętego Jana ostatniego rozdziału Nowego Testamentu. Zaplanowana wieki temu zagłada, okazuje się eventem niedoszacowanym. Ludzie pomimo malowanej pastelowymi barwami wizji zbawienia i życia wiecznego nie bardzo chcą rozstawać się ze swoim życiem doczesnym.
Na ziemie przybywają Wysłannicy, biblijne stwory mające przyspieszyć wyłapywanie ocalałych i krnąbrnie ukrywających się grzeszników. Ale Armagedonowa machina wcale nie nabiera rozpędu, a impreza wcale nie zmierza do końca.
I wreszcie "góra" postanawia ten bajzel ogarnąć. Zsyła na ziemię posiłki w postaci Aniołów Apokryficznych. Ich celem jest ocena stanu zastałego, inwentaryzacja pozostałych po dniu sądu aktywów, i doprowadzenie do wyzerowania stanu osobowościowego, tak aby można było ogłosić masę upadłościową i wreszcie zgasić światło i zamknąć ten burdel.
Wymyśleni przez ludzi i zachowujący się jak ludzie, Apokryficzni stwierdzają że nie mają do tego kompetencji, zarobieni są i po prostu im się nie chce. Postanawiają więc wynająć podwykonawcę. Spośród ocalałych, w podstępny sposób rekrutują „Komorników”. To oni mają posprzątać ten pieprznik.
I tu autor poczytnej serii o stalkerach postanowił ponownie zabrać nas w podróż po zniszczonym świecie, ale zniszczonym inaczej. Nie ma tu śladu postapokaliptycznego skażenia i ukrywania się przed radiacją po tunelach metra. Jest za to w połowie spalona słońcem, a w połowie spowita ciemnością ziemia. Bo po tym, jak na złość Kopernikowi, ziemia się zatrzymała, tylko pas na skraju wiecznego dnia i nocy nadaje się do jako takiego życia. W wiecznym palącym słońcu nie da się wyżyć, tak jak i po mrocznej stronie, gdzie czają się siły ciemności. Ludzie skupiają się więc w wąskim pasie wiecznego zmierzchu, gdzie polują na nich Komornicy. Oczywiście całkowicie legalnie. Najpierw muszą jednak do rąk własnych dostarczyć wezwanie. Imienne. A potem - literalnie - dokonać egzekucji. Dlatego nikt już nie używa personaliów z czasów Przed.
Komornicy nie mają więc lekko. Z jednej strony, do wykonania jest plan narzucony przez pracodawcę, z drugiej - kombinujący jak tu przechytrzyć system dłużnicy. A do tego, do dyspozycji mają minimum środków dostarczonych przez zleceniodawcę. Bo komornicy jako przedstawiciel syndyka, mają do dyspozycji tylko „koszerne” wyposażenie. Tunika, sandały i przydziałowy gladius, wszystko na miarę czasów w których została spisana apokalipsa. Za to ścigani nie czują takiej presji, często korzystając ze środków pozostałych po upadłej nagle cywilizacji.
Wybierając muzykę do lektury, na początku nie mogłem się zdecydować i moje wybory oscylowały gdzieś między Metaliką a Led Zeppelin, po dwóch pierwszych rozdziałach, wyparła je jednak płyta z serii „Masters of Chant”. Niemiecki zespół o nazwie która swoje pochodzenie wzięła od chórów gregoriańskich, tworzy covery znanych nam z radia utworów, w aranżacji średniowiecznego chóru kościelnego. I to właśnie płyta „Gregorian” była tłem do tej epifanicznej wizji końca, którą stworzył Michał Gołkowski.
A wracając do losów tytułowego „Komornika”. Pomimo niewdzięcznej i źle odbieranej społecznie funkcji jaka została mu przez autora przypisana. Główny bohater, o imieniu Ezekiel Siódmy - legalnie działający komornik, na usługach góry, z każdym kolejnym rozdziałem zyskuje naszą sympatię. Bo jak tu nie polubić gościa, który ma wiecznie pod górę, a wszyscy się przeciw niemu zmówili i robią wszystko żeby mu robotę utrudnić. I tylko wiatr mu w oczy nie wieje.
W mojej ocenie, książka jest ciekawa ze względu na dość luźne podejście do tematu biblijnej apokalipsy. W zasadzie gdzieś tam na lekcjach religii, wspomniane było że kiedyś nastąpi Dzień Sądu i tyle. Gołkowski interesująco rozwija te kwestię, nadając znanej nam współcześnie instytucji komorników zupełnie nowy wymiar. Jako banda siepaczy, mają przecież wybić do nogi ocalałych. Ale jak to w każdym kontrakcie, nikt nie czyta tego co napisano drobnym drukiem na przedostatniej stronie.
Czytajcie zatem drobny druk i przypisy !
Przeczytajcie „Komornika”. Zanim będzie za późno.
Michał Gołkowski - „Komornik”, 2016 Fabryka Słów
http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/michal-golkowski/komornik/

Gregorian „Masters of Chant, Chapter VI” Edel Music, 2007
https://play.spotify.com/album/3ltJDXdGTLdtFkcLHVDJEG

środa, 22 marca 2017

Ostatni bierze wszystko” Miroslav Žamboch 
 John Porter „Honey Trap


Najpopularniejszy czeski pisarz fantasy, Miroslav Žamboch znów w formie. Bo po świetnej trylogii Koniasza, czy dwuksięgu o Baklym, trafiła się i słabsza pozycja tego autora - „Mroczny zbawiciel”. Po niemal 7 latach od wydania „Wilka samotnika”, Žamboch postanowił znów zabrać nas do świata Koniasza. Tym razem bez tego ostatniego, choć mimo braku tego sympatycznego najemnika, książka nie zawiodła moich oczekiwań.
Już 24 marca, trafi do waszych rąk jego najnowsze dzieło - „Ostatni bierze wszystko”, tymczasem uchylając rąbka tajemnicy ...
Trzy historie, trzy opowiadania. Choć w zasadzie to jedna minipowieść i dwa opowiadania. Autor jakby na nowo wprowadza nas do świata, który niby już znamy z poprzednich książek, a mimo to odkrywamy go na nowo i poznajemy tajemnice rządzących nim praw. Wreszcie dowiemy się dlaczego w czasach naszego bohatera do wynajęcia, magia jest zakazana a wszelkie przejawy posiadania odrobiny tych niesamowitych mocy są skrzętnie ukrywane przed resztą świata. Historia ta dzieje się bowiem na długo przed opowieściami którymi dotąd raczył nas mocodawca Koniasza.
Lekturę najnowszej powieści Žambocha zaczniemy od „Długiego sprintu”. Najdłuższego z trzech opowiadań, którego bohaterem jest młodszy brat następcy tronu - Tekuard. Stary król postanawia odejść. Na tronie ma go zastąpić starszy brat Tekuarda, Maksymilian. Niestety w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Max, który od urodzenia jest przygotowywany do objęcia tronu, obiecujący polityk i świetny mag, zaprawiony w dworskich intrygach, po prostu spada z konia i skręca kark. Wymarzona sytuacja dla młodszego brata. Prawda?
Do tej pory pomijany w dworskich knowaniach, zupełnie nie zainteresowany magią, młody książe który nad pałacowe gierki przedkłada produkcję wina i hodowle nowych szczepów winorośli, staje się jedynym infantem najpotężniejszego maga na kontynencie.
Brzmi zachęcająco?
Jest tylko jeden mały haczyk... Stara tradycja mówi że na 30 dni przed koronacją rozpoczyna się polowanie na sukcesora. Każdy z 11 klanów ma prawo zabić następcę tronu i w jego miejsce wystawić własnego kandydata. Kto okaże się sprzymierzeńcem a kto śmiertelnym wrogiem. Książe za wszelką cenę musi doczekać koronacji. Zostać na zamku i stawić czoła najpotężniejszym czarodziejom jakich klany wysłały do stolicy? A może uciekać jak najdalej od miasta i ukryć się w głuszy.
Podczas czytania tego tekstu, czeka nas zaprawdę długi sprint. Ciężko oderwać się od książki, w której sytuacja zmienia się po przewróceniu niemal każdej kartki. Jedyne co mogę „Długiemu sprintowi” zarzucić, to tyle że tekst, jak na możliwości „pociągnięcia” takiego tematu jest dość krótki. Žamboch, materiał na grubą książkę skondensował zaiste magicznie. A może dzięki temu nie ma dłużyzn i książkę czyta się bardzo sprawnie.
Swoistym spowalniaczem, żeby nie dostać zadyszki w trakcie tego biegu, była dla mnie płyta „Honey Trap” Johna Portera. Rockowo-bluesowe utwory w pełni oddają klimat tej mrocznej miejscami opowieści. Na uwagę zasługują takie utwory, jak „Black With The Blues” czy „Light On a Darkened Road” zaczynający się od słów :
Hello stranger, it’s good to see you here
które wychrypiane głosem Portera, brzmią niczym zaproszenie do ciemnego zaułka, w którym czai się banda zbirów.
Muszę też wspomnieć o dwóch pozostałych opowiadaniach, znacznie krótszych od „Sprintu”, ale bynajmniej nie mniej przez to ważnych czy ciekawych. Pierwsze jest zwieńczeniem głównego wątku. Jeśli czuliśmy niedosyt po przeczytaniu pierwszego tekstu, to potraktujmy kolejny jako jego epilog. Więcej nie powiem bo zepsułbym całą zabawę.
Najbardziej jednak zaciekawiła mnie ostatnia odsłona, nosząca tytuł całego zbioru - „Ostatni bierze wszystko”. To dynamiczna i obfitująca w wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji krótka opowieść o nietypowym wyścigu po skarb. Skarb którego charakteru nie zna żaden z uczestników, a mimo to wszyscy go pożądają. Skarb który spełni marzenia tylko jednego zawodnika i to on jako jedyny ocalały z tego morderczego wyścigu odjedzie na koniu w stronę zachodzącego słońca. I jak to bywa w każdej niebezpiecznej grze, w której czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę - ostatni bierze wszystko.
Ciekaw jestem tylko jednego. Czy tylko ja, po przewróceniu ostatniej kartki odniosłem wrażenie że zwycięzca był znany już na starcie wyścigu?
Miroslav Žamboch - „Ostatni bierze wszystko”, 2017 Fabryka Słów
http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki/ostatni-bierze-wszystko-miroslav-zamboch/

John Porter „Honey Trap” Good Music Society, Mystic Production 2014
https://play.spotify.com/album/4L5pz06MVlsWaTEjSQPN8h

wtorek, 14 marca 2017

Smocze koncerze” Andrzej W. Sawicki 
 Marillion „Misplaced Childhood

Z ciekawością brałem do ręki książkę Andrzeja W. Sawickiego "Smocze koncerze". Okładka książki pobudza wyobraźnię, wzgórze na którym stoi husarz w pełnym rynsztunku, a nad nim wyłaniający się spośród chmur statek kosmiczny.
Oparta na faktach historycznych opowieść, zostaje przez autora okraszona całą rzeszą niecodziennych wydarzeń, które mogą zmienić świat. Oto do stolicy imperium osmańskiego, roku pańskiego 1677 przybywa poselstwo polskie na którego czele stoi kanclerz Jan Gniński. Poselstwo ma za zadanie przeprowadzić bardzo delikatne negocjacje dotyczące obniżenia haraczu który królestwo polskie płaci turkom. Drugorzędnym celem poselstwa jest też wynegocjowanie oswobodzenie jeńców wziętych w jasyr przez wojska najeźdźcy.
Nieoczekiwanie w Stambule rozbija się nieznany obiekt który spada na jedną z dzielnic miasta. To kara bogów, czy zemsta przywołana z nieba przez polskich rycerzy przybyłych do tureckiej stolicy? Ludzkość staje w obliczu zagłady przez nieznane siły. Oto niespodziewanie z dziwnego obiektu wyłaniają się krwiożercze bestie, w obliczu których zaciekli wrogowie aby przeżyć muszą zacząć współdziałać. Czy dawne animozje pójdą w zapomnienie w obliczu dobra przetrwania rasy ludzkiej?
Niecodzienne połączenie historii polski sprzed odsieczy wiedeńskiej, ze współczesną technologią i elementami twardej fantastyki, sprawia że książkę czyta się jednym tchem. Mnogość autentycznych postaci historycznych, wpleciona w wątki powieści wzmaga tylko jej autentyczność.
Sam pomysł na inwazję jest dość nowatorski, ale zaplanowany dość skrupulatnie i sensownie. Czy XVII wieczne społeczeństwo jest w stanie przeciwstawić swe siły obcym istotom dysponującym technologią o której nawet w dzisiejszych czasach nie myślimy realnie. Opowieść Sawickiego jest krwawa i momentami bezkompromisowa, ale to przecież historia inwazji obcych kolonizatorów, którzy przybywają tu w celu totalnej anihilacji rasy ludzkiej i absorbcji ich umysłów.
Wybór muzyki do książki poniekąd historycznej, nie był łatwy. I wtedy przypomniał mi się przeczytany dwie dekady temu horror Grahama Mastertona „Zaklęci” gdzie częścią celtyckiego rytuału była melodia ze "Szczurołapa z Hamelin" a słowa które wyśpiewał 30 lat temu Fish, idealnie oddają atmosferę „Smoczych Koncerzy”.

Lavenders blue, dilly dilly, lavenders green,
When I am King, dilly dilly,
You will be Queen.


Kojąca melodia, która jednocześnie budzi niepokój przed tym co czycha na nas za najbliższym rogiem. Bo uwierzcie, zwroty akcji są tu nieoczekiwane, a bitna natura zarówno polskiej szlachty, jak i tureckich janczarów tylko sprzyja nagłym zmianom nastrojów obu nacji. A co za tym idzie zarówno nawiązywaniem jak i zrywaniem sojuszów, w walce z bestiami spoza naszych wyobrażeń. Ale żeby odeprzeć najeźdźców na dobre i ocalić świat, ludzkość musi się zjednoczyć na dobre w tej nierównej walce. Inaczej nasze szanse w starciu z obcymi będą niczym załogi Nostromo z filmu Alien, wkraczającej do pomieszczenia z jajami ksenomorfów.
Jednym słowem :
Szable w dłoń
Andrzej W. Sawicki „Smocze Koncerze”, 2016 Dom Wydawniczy REBIS
https://www.rebis.com.pl/pl/book-smocze-koncerze-andrzej-w-sawicki,SCHB07543.html

Marillion „Misplaced Childhood” EMI, 1958
https://play.spotify.com/album/6hAZj8L6V6XjochoLXf6WM

niedziela, 5 marca 2017

Dworzec Śródmieście” Bartek Biedrzycki
Walk Off the Earth „Sing It All Away

Zamykający „trylogię warszawską” trzeci tom „Kompleksu” wreszcie trafił do naszych rąk. Po dwuletniej przerwie, mamy okazję ponownie zejść do tuneli stołecznego metra, aby zarówno z już znanymi nam z poprzednich części bohaterami ale także kilkoma nowymi postaciami, kontynuować tą intrugującą wędrówkę by wreszcie według zapewnień autora dotrzeć do jej kresu i uzyskać odpowiedzi na pytania zadane w dwóch poprzedzających tomach .
Przyznam się bez bicia, że z „Fabryczną Zoną” i cyklami stalkerskimi, nie miałem wcześniej okazji się zetknąć (poza Kompleksem, który trzy lata temu streścił mi kolega zdradzając co ciekawsze szczegóły, w związku z czym do osobistej konsumpcji lektury w ogóle nie doszło). Dopiero trzymając w rękach egzemplarz recenzencki „Dworca Śródmieście”, postanowiłem zaległości w prozie Biedrzyckiego nadrobić. Po szybkiej wycieczce do pobliskiej biblioteki miałem więc w rękach także poprzednie części trylogii, czyli „Kompleks 7215” i „Stację Nowy Świat”. No bo jak tu recenzować książkę, którą wydawnictwo zapowiada jako spektakularne zwieńczenie opowieści której początku nie pamiętam, a środka nie znam.
Wróćmy jednak na „Dworzec”, czyli siedzibę Braci Mniejszych, jak pieszczotliwie, mieszkańcy Centralnego ochrzcili swoich sąsiadów. Znów, jak w przypadku części drugiej, rozpoczynamy od retrospekcji, która jest w pełni usprawiedliwiona, wprowadza bowiem do całości obrazu nowe kawałki układanki, sprytnie wypełniając luki pozostałe po niedokończonych lub niedomówionych zagadnieniach z dwóch poprzednich książek. A introdukcja stalkerskiego duetu bliźniąt w osobach „Hanoiego” (znanego nam ze „Stacji Nowy Świat”) oraz jego siostry „Zary”, w dniu hekatomby, która wolno acz nieubłaganie spadła na świat, przypomni nam o utraconym człowieczeństwie.
Motywem przewodnim pozostaje oczywiście wątek Borki. Rudobrodego stalkera, którego los w dniu zagłady rozdzielił z ojcem, przebywającego wtedy na służbie, gdzieś w tajnym kompleksie w Kampinosie. Porucznik Dobrowolski wyjdzie wreszcie z cienia i z jego perspektywy poznamy historię tajnego natowskiego bunkra. Los skrzyżuje ścieżki poznanych wcześniej postaci w dość przewrotny sposób. A Borka zostanie postawiony w obliczu życiowego wyboru.
Do udźwiękowienia tego tekstu wybrałem płytę „Sing It All Away” kanadyjskiego zespołu Walk off the Earth, ze szczególnym uwzględnieniem utworu „Home We'll Go”. Utwory z pogranicza rocka awangardowego, punk rocka i folku bardzo fajnie współgrają z klimatem książki.
Czytając całą trylogię „w jednym podejściu”, można zaobserwować jak zmienia się styl pisania Biedrzyckiego, „Dworzec” to powieść bardziej dojrzała od swoich poprzedniczek. W trakcie lektury „Kompleksu” łapałem się na tym że kilkukrotnie musiałem cofnąć się o kilka akapitów, żeby wyłowić jakiś niedopowiedziany niuans. Finał serii czyta się bardziej „gładko”. Postacie są bardziej przekonujące, a tekst spójniejszy pomimo tego że opowiadana historia rozgrywa się na przestrzeni ponad dwóch dekad, a autor chcąc zamknąć wszystkie niedopowiedziane kwestie, porusza się po tym „dwudziestoleciu powojennym” niczym suwak po osi czasu. Nie mamy jednakowoż wrażenia bezładu, a autor świetnie panuje nad tą translokacją czasową poszczególnych fragmentów tekstu.
Książka warta uwagi nie tylko tych czytelników którzy mieli styczność z wcześniejszymi częściami. Ale także wszystkich fanów postapo i warszawskiego metra. Bo parafrazując znane przysłowie :
Po apokalipsie nie w samym metrze człowiek żyje.

A gdzie jeszcze?, przeczytajcie „Dworzec Śródmieście”.
Bartek Biedrzycki - „Dworzec Śródmieście”, 2017 Fabryka Słów
http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/bartek-biedrzycki/dworzec-srodmiescie-3-bartek-biedrzycki/

Walk off the Earth „Sing It All Away” Columbia Records, 2015
https://play.spotify.com/album/0znuTvl59JCTczo6F0NLEV

piątek, 3 marca 2017

Stacja Nowy Świat” Bartek Biedrzycki 
 Guns'n'Roses „Use Your Illusion I

Dalszy ciąg „Opowieści z postapokaliptycznej aglomeracji”, czyli drugi tom „Kompleksu 7215” Bartka Biedrzyckiego, odkrywa przed nami szereg tajemnic z przeszłości. Jeśli spodziewaliśmy się ciągu dalszego przygód bohaterów poznanych w pierwszej części, będziemy musieli na nie jeszcze poczekać do kolejnej części. „Stacja” jest z zamierzenia prequelem. Znajdziemy tu całą masę retrospekcji, autor postanowił bowiem powrócić w czasie do wydarzeń, które w „Kompleksie” zostały zaledwie z grubsza naszkicowane jako tło opisywanych w nim wydarzeń.
Znajdziemy tu zarówno prywatne historie bohaterów, z których dowiemy się w jaki sposób, w dniu zagłady los zaprowadził ich wprost w trzewia warszawskiej aglomeracji. Będą także opisy wydarzeń, wspomnianych w części pierwszej, a mających niemały wpływ na przebieg całej opowieści.
Poznamy młodego generała Groma i jego wkład w budowę Twierdzy, wysłuchamy opowieści o Ostatnim Przymierzu, i staniemy się świadkiem powstania i upadku totalitarnego Imperium.
I być może to właśnie dlatego „Stacja Nowy Świat” staje się bardzo wciągającą opowieścią. Opowieść staje się coraz bardziej szczegółowa i klarowna, pojawią się też nowe postacie, dopełniające wiele wątków. Możemy zatem na nowo cieszyć się podróżą po podziemnym świecie postapokaliptycznej stolicy.
Rozpoczęcie tych opowieści w dniu zagłady uświadomi nam jeszcze raz, co ludzkość straciła w efekcie globalnego konfliktu. W rytm ciężkiej muzyki Axla i jego kumpli jeszcze raz wejdziemy do ciemnych tuneli metra gdzie Jasnowłosa Pani - Madonna Tuneli będzie nam przyświecać w podróży.
Pomysł Biedrzyckiego, aby z premedytacją dać nam do rąk niejako uzupełnienie pierwotnej historii, finalnie okazuje się więc zabiegiem który nie przynosi nam zawodu. To trochę jak reżyserska wersja doskonale nam znanego filmu. Niby znamy już całą fabułę, ale nowe sceny dają nam możliwość spojrzeć na całość obrazu w wydatniejszy sposób. Książka jest wciągająca, dynamika jej akcji nie pozwoli nam się nudzić, a wspólnymi elementami pieczołowicie budowanej układanki mogą się okazać bohaterowie po których byśmy się tego nie spodziewali. Lektura „Stacji Nowy Świat” tylko rozbudzi nasz apetyt na poznanie finału tej opowieści.
Bartek Biedrzycki - „Stacja Nowy Świat”, 2015 Fabryka Słów
http://fabrykaslow.com.pl/autorzy/bartek-biedrzycki/stacja-nowy-swiat/
http://fabrycznazona.pl/stacja-nowy-swiat/

Guns'n'Roses „Use Your Ilussion I” Geffen Records, 1991
https://play.spotify.com/album/4L5pz06MVlsWaTEjSQPN8h

czwartek, 16 lutego 2017

Premiera!
"Hel3" Jarosław Grzędowicz

15 lutego 2017 to dla fanów autora „Pana Lodowego Ogrodu” długo oczekiwana data. Czemu wspominam właśnie PLO ? Bo podczas spotkania kilkukrotnie zostało wspomniane, a także dlatego że trochę kładło się cieniem na, ponad 4 lata wyczekiwanej na wyjście spod pióra

Jarosława Grzędowicza

powieści „Hel 3”. Padały oczywiście z widowni pytania czemu po tak długim czasie nie jest to kontynuacja serii „Pana Lodowego Ogrodu”. Autor kategorycznie zapowiedział że serię chciałby zakończyć.
Dlatego też „Hel 3” z założenia miał być historią zamkniętą w jednym tomie. Nie dziwi więc fakt że Grzędowicz nie chce być kojarzony z jedną konkretną serią. Taką możliwość daje mu właśnie nowa powieść, osadzona w zupełnie innym świecie. Świecie niedalekiej nam w sumie przyszłości. Czemu jednak musieliśmy na nią czekać aż tak długo.
Autor, tłumaczy ten fakt zupełnie nową dziedziną, poruszaną na kartach swojej nowej książki. Po pierwsze technologia, która przecież zmienia się w coraz szybszym tempie, po drugie wyprawa na księżyc. Żeby uniknąć wpadek i nieścisłości i jak najbardziej uwierzytelnić historię, autor korzystał z pomocy ekspertów. I rzeczywiście książka zyskuje na swojej realności. Mamy tu zarówno nowy internet przyszłości (tylko bardziej), zupełnie prozaiczne, aczkolwiek nowe urządzenia jak smartfon (tylko bardziej) czy ekspres do kawy (tylko bardziej).
Zresztą sformułowanie „tylko bardziej”, padało podczas spotkania z ust Grzędowicza nie jeden raz. Cała książka jest „bardziej”. Mimo że opowiada historię z niedalekiej przyszłości, wydaje się być czasem bardziej futurystyczna niż powieści opisujące dalekie galaktyki i niehumanoidalne rasy obcych istot. Bo niby znajdziemy tu zwykły świat, który otacza nas na co dzień, ale on cały jest „bardziej”. Bardziej stechnicyzowany, pełen niezrozumiałych przepisów i ograniczeń, ale jednak trochę swojski. Bo nadal są równi i równiejsi. Mowa o politykach, bez wskazywania konkretnej opcji, bo z polityka u władzy zawsze wychodzą te same demony.
To też był jeden z powodów, który opóźnił pisanie książki. Otóż jedna ze scen opisująca ekscesy konsumpcyjne naszej kasty rządzącej, została napisana na chwilę przed wybuchem afery „ośmiorniczkowej”. I dylemat autora, czy pisać dalej? A może posądzą o plagiat? No cóż samo życie pisze najdziwniejsze scenariusze, choć podczas spotkania padło jeszcze kilka przykładów opisywanych w książce sytuacji, które pojawiały się w mediach chwilę po napisaniu danego fragmentu przez autora. Nie chcę zdradzać szczegółów i treści książki. Sami znajdziecie te fragmenty.
Moja opinia na temat książki, pojawiła się na blogu dwa tygodnie temu. Warto ją przeczytać. Przyznaję że z twórczością Grzędowicza nie miałem wcześniej styczności i brak mi punktu odniesienia do czteroksięgu „Pana”. Jeśli chodzi o opowiedzianą historię, to książkę czyta się łatwo, a historia jest wartka i spójna. Czułem się lekko zawiedziony w sumie krótkim pobytem na księżycu w stosunku do reszty akcji książki. A może ten fragment był tak wciągający że po prostu odniosłem takie wrażenie? Oceńcie sami. Od wczoraj książka jest już dostęna w sprzedaży, a autor rusza w trasę po polsce.
Ze swoją nową książką „Hel 3”, gdzie obok autografu, można zdobyć unikatową pieczątkę, która po zakończeniu trasy i powrocie do Warszawy zostanie komisyjnie zniszczona, a jej szczątki wysłane na księżyc, autor zawita kolejno do empików w :

Katowice - 16.luty ,
Wrocław - 17.luty ,
Poznań - 23.luty ,
Łódź - 24.luty ,
oraz Gdańsk - 02.marca.
A na koniec fotki z moich prywatnych zbiorów. Lądownik misji Apollo, replika która dumnie wisi pod sufitem hali „Apollo/Saturn V Center” na terenie kompleksu NASA na przylądku Canaveral. Oryginał zaś po wyniesieniu astronautów na orbitę księżyca gdzie przesiedli się do modułu CSM zdolnego powrócić na ziemie, powinien opaść gdzieś na powierzchnię księżyca.
Na drugim zdjęciu, autor bloga podczas zwiedzania Kennedy Space Center.
W tle wahadłowiec EXPLORER, który po zakończeniu czynnej służby, stał się jednym z obiektów muzeum ulokowanego na terenie „Rocket Garden”, czyli ogródka rakietowego.
10 lat temu miałem okazję w przeddzień wizyty w Kennedy Space Center, oglądać na żywo start wahadłowca ATLANTIS, w misji STS-117. Przeżycie było niesamowite, równie silnych wrażeń, powinna Wam dostarczyć lektura najnowszej książki Jarosława Grzędowicza „Hel 3”.

Miłej zabawy. Oby wam helu w butlach nie zabrakło.

Tytuł :
Autor :
Wydawnictwo :
Język wydania :
Język oryginału :
Numer wydania :
Data premiery :
Forma :
Stron :
Wymiary produktu [mm] :

Hel3
Grzędowicz Jarosław
Fabryka Słów Sp. z o.o.
polski
polski
I
2017-02-15
książka
512
136 x 43 x 198